BIO we Francji


W trakcie niedawnej wizyty w urokliwym Mulhouse  (wymawiane jako Miluz) nie obyło się bez polowania na półkach ze zdrową żywnością. Przygotowałam się raczej na wysokie ceny, ale za to miałam nadzieję, że znajdę coś, czego w naszych sklepach nie ma.
Jak wrażenia? Nie powiem... działy BIO są 2x większe niż w naszych marketach i dużo lepiej wyposażone. Niestety, mania dodawania do wszystkiego cukru za granicą też obowiązuje. A jeśli szczęśliwie znalazłam już coś bez cukru, okazywało się, że dosyć niewielkimi literami szczerzyło się słowo farine de blé, czyli po prostu mąka pszenna. Trzeba było oczywiście jeszcze uważać na levure - drożdże... Po prawie półgodzinnej kontemplacji przy prawie każdym produkcie i z moją zupełną nieznajomością języka - znalazłam coś interesującego - makaron z mąki z quinoa. w cenie ok. 2 euro, czyli stosunkowo tanio. Bingo - biorę. Dodatkowo na półkach znów za 2 euro znalazłam quinoę w grubszym foliowym opakowaniu, jako danie gotowe. Po rozszyfrowaniu etykiety i upewnieniu się, że nic dziwnego tam nie dodali - też wylądował w koszyku. Niestety to były jedyne upolowane dla mnie dobroci.
W Polsce na razie nie spotkałam nic podobnego do makaronu z quinoa, ale mam nadzieję, że za jakiś czas znajdziemy go naszych półkach...
Poniżej etykieta makaronu, bo "środek" już zjedzony :)


Komentarze